Jak przez dym…

       Wstaję o 6:00, myje się, ubieram, jem śniadanie… wylewam całą buteleczkę najlepszych perfum i z „uśmiechem” na ustach wychodzę do szkoły. Przekraczając drzwi tego budynku, przez głowę przechodzi mi tysiąc myśli: ”a gdyby tak uciec?”, „może nie będzie tak źle?”, „a może akurat nie ma nauczyciela?”. Jednak lekcje, przy tym co dzieje się na przerwach, to „pikuś”…
       Przechodząc przez szkolny korytarz, (pomijając fakt, że w tym czasie jesteś świadkiem rewii mody), trzymaj kciuki, abyś nie poczuł potrzeby skorzystania z toalety. Niestety, stało się. Musisz wejść do tego pomieszczenia. Trzymając się za nos, wchodzisz jakbyś właśnie miał stoczyć walkę z groźnym smokiem. Pukasz do pierwszej kabiny-zajęte, drugiej- nikt nie odpowiada, otwierasz drzwi, a tam dwie dziewczyny kucające nad toaletą, wymieniające się plotkami i ploteczkami przy dymie tytoniowym. Dziewczyny! Proszę! Nie w toalecie. Rozumiem, ze niektórym być może odpowiada tenże zapach, jednak nie wszyscy lubią, gdy po wyjściu z toalet otrzymują milion pytań : „Palisz?”, „Byłeś w szkolnej toalecie, pewnie palisz?”. Nie poruszam już w tym momencie tematu toalety męskiej, bo z przykrością muszę stwierdzić, że z moich obserwacji wynika, że damska ubikacja na długiej przerwie jest w dużo gorszym stanie, przypominającym komorę gazową. O godzinie 14:00 wracam do domu, zmęczona po całym dniu bitew i walk stoczonych na szkolnych korytarzach i słyszę: „Śmierdzi od ciebie papierosami, paliłaś?”. Mam wtedy ochotę głośno krzyknąć, ale tylko rzucam plecakiem i idę do swojego pokoju.

Czas na sen

       Jak wiadomo, sen jest bardzo ważny w życiu każdego człowieka. Wpływa na nasze zdrowie, samopoczucie oraz to, jak funkcjonujemy w społeczeństwie. Jego niedobór sprawia, że w ciągu dnia czujemy się zmęczeni, ospali, jesteśmy rozdrażnieni, trudno nam się skoncentrować, pracujemy mniej efektywnie, często również mamy problem z kontaktowaniem się z innymi ludźmi.
       Zbyt mała ilość snu jest jednym z największych problemów młodych ludzi, sami wiemy o tym bardzo dobrze – my, uczniowie szkół średnich (choć nie jesteśmy jedyni). Według ekspertów, nastolatkowie potrzebują od 8 do 10 godzin snu, by prawidłowo funkcjonować. A jak to wygląda w rzeczywistości?
       Duża część z nas dzień rozpoczyna bardzo wcześnie rano, zwlekamy swoje jeszcze śpiące ciała z łóżek już o godzinie 5.30, by zdążyć na lekcje, która rozpoczynają się o 7.10. Następnie niczym zombie suniemy do łazienki, by załatwić tam to, co trzeba. Myjąc zęby, nagle uświadamiamy sobie, że zostało nam jakieś 10 minut do wyjścia – wtedy właśnie z nie do końca żywego osobnika zmieniamy się w biegacza maratonu, by w pośpiechu ubrać się, jednocześnie jedząc śniadanie i próbując doprowadzić gniazdo na głowie do jako takiego porządku. No, przynajmniej staramy się ułożyć je tak, żeby nikogo nie przestraszyć…
       Wydawać by się mogło, że w nieco lepszej sytuacji znajdują się osoby mieszkające w tym samym mieście co szkoła, które nie muszą do niej codziennie dojeżdżać. Nie martwią się kierowcą środka komunikacji, który czasem przyjedzie na czas, a czasem dwie minuty wcześniej… Te dwie minuty to naprawdę szmat czasu. Wiedzą o tym zwłaszcza osoby, które wyszły z domu o tyle właśnie za późno i muszą biec na przystanek, a gdy już zbliżają się do niego, równocześnie z busem – muszą dodatkowo wykonywać różne akrobacje i machać czym tylko się da, żeby zwrócić na siebie uwagę „busiarza” i prosić o powstrzymanie złośliwych skłonności i zatrzymanie się na przystanku o minutę dłużej. Niektóre osoby korzystają z tej dodatkowej godziny snu, inne nie… Dotyczy to szczególnie dziewczyn, ważniejszy dla nich niż sen jest wygląd jak u gwiazdy filmowej na premierze… Ale to już ich problem.
       Nauczyciele zwykle czepiają się i złoszczą, gdy uczniowie spóźniają się na pierwszą lekcję, albo w ogóle na nią nie przychodzą. Oskarżają nas, że robimy to celowo, bo: a) był zapowiedziany sprawdzian/kartkówka b) mieliśmy coś przygotować, ale się nie wywiązaliśmy c) zwyczajnie nam się nie chciało. W wielu przypadkach oskarżenia te na pewno są uzasadnione, jednak są też inne powody, dla których młodzież spóźnia się do szkoły. Jednym z nich właśnie mogą być wspomniane wcześniej „dwie minuty”.
       Oczywiście w tym momencie pewnie wiele osób powiedziałoby, że uczniowie sami są sobie winni. Bo chodzą późno spać, bo imprezują, bo do godzin porannych tkwią w internecie, testują gry albo robią jeszcze coś innego, marnując czas przeznaczony na sen. Może niektórych to zaskoczy, ale duża część osób zwyczajnie uczy się do późna, czasem nawet zasypiając na książkach. Swoją drogą… Zabawne, kiedy poświęcają tyle, żeby przygotować się na sprawdzian, który ma być następnego dnia na pierwszej lekcji, a później okazuje się, że zaspali…
       Powinniśmy umieć tak sobie zorganizować dzień, żeby wystarczyło czasu na wszystko i żeby można było o przyzwoitej porze położyć się do łóżka, to prawda. Ale też dużo wygodniejsza byłaby po prostu zmiana godziny rozpoczęcia lekcji, choćby o 45 minut. Uczniom zaoszczędziłoby to problemów z frekwencją, a nauczycielom nerwów i niepotrzebnych emocji.

GK, 3G

Kopiuj! Wklej!

Podczas moich codziennych podróży z klasy do klasy, jakie wykonuje w czasie przerw udało mi się zauważyć, że 3/4 uczniów naszej szkoły wygląda wręcz identycznie! Czasem wydaje mi się, że słowo ORYGINALNOŚĆ wyginęło tak szybko jak dinozaury miliony lat temu. Otóż rzeczywistość XXI wieku jest inna. Jak wygląda typowa uczennica naszej szkoły? Tu was chyba nie zaskoczę! Nienaganny makijaż, idealnie podreślone oczy i usta, włosy idealnie wyprostowane i wygładzone. Strój. Spodnie z wysokim stanem, najlepiej podwinięte do kostek – „moda dla powodzian” nigdy nie wyjdzie z łask :), na stopach oczywiście buty do biegania (chociaż jedyną aktywnością fizyczną, jaką udało się w nich wykonać jest bieg do autobusu po skończoncyh lekcjach). Na ramieniu torba z najnowszej kolekcji Michaela Korsa. Tak mniej więcej prezentuje się ta piękniejsza cześć społeczności szkolnej. Czas pod lupę wziąć naszych panów! I chociaż mają oni dużo łatwiej niż kobiety, bo nie muszą stosować makijażowych sztuczek, aby zachwycać, mają swój określony styl, przez który często są nazywani „typowymi chłopakami z nowej”. Ich fryzura to coś w stylu: „Dopiero co wstałem z łóżka i nie miałem czasu jej ułożyć..”. Koszula w kratkę, ewentualnie jakiś T-shirt i oczywiście obiowiązkowo spodnie rurki. Tak w dużym skrócie prezentuje się nasze wybitne grono uczniowskie. Teraz pewnie zastanawiacie się, po co napisałam ten felieton, przecież każdy to widzi na co dzień. Nie napisałam tego złośliwie, napisałam, aby każdy z nas mógł na to popatrzeć z innej perspektywy. Nasze społeczeństwo zmierza chyba w złym kierunku, wszyscy wyglądają tak samo, mają te same fryzury, makijaże, noszą takie same ubrania. Gdzie w tym wszystkim jest nasz charakter? Nasz wygląd zewnętrzny powinnien pokazywać, to jacy jesteśmy w środku. Przestańmy stosować tytułową modę na KOPIUJ! WKLEJ! Pokażmy wszystkim, że nie jesteśmy tacy sami jak inni ludzie, że mamy swój WŁASNY styl i osobowość. Pamięajcie o tym, że moda kiedyś przeminie, a to, co mamy w środku, nigdy! „Bo piękno tkwi wewnątrz nas”.

Karolina

Żołnierz gen. Andersa

       Piotr Ludkowski urodził się 25.06.1916 roku w Jadownikach jako jeden z czworga dzieci Jana i Weroniki Ludkowskich. Swoją edukację rozpoczął w Szkole Podstawowej w Jadownikach. Następnie uczęszczał do Liceum w Bochni, gdzie figurował jako jeden z najlepszych uczniów. Wyróżniał się nieprzeciętną wiedzą, a także kondycją sportową. Mimo iż czasy były trudne, rodzinie powodziło się dobrze. Mama Weronika zajmowała się gospodarstwem i dziećmi. Ojciec zaś, pracował na kolei. Piotr, jako najstarszy syn, pomagał matce w opiece nad młodszym rodzeństwem, a także w pracach na roli. Po zaginięciu ojca musiał przejąć obowiązki głowy rodziny. Pewnego razu podjął decyzję o odszukaniu go. Ślady doprowadziły go aż na Kresy Wschodnie, gdzie przybył w czasie zawieruchy wrześniowej w 1939 roku. Tu ślad po ojcu się urywa. Piotr został aresztowany przez Rosjan i przydzielony do pracy w sowieckich lagrach. Po ucieczce z więzienia jego szlak tułaczy wiedzie go do Kazachstanu, gdzie dowiedział się o tworzeniu polskich jednostek. Chory i wycieńczony wędrówką przez Iran, Irak, Syrię, Palestynę trafia do Egiptu.
       Już jako podchorąży 18.P.P. Lwowskiego Batalionu Strzelców II-go Korpusu dowodzonego przez gen. Sulika został wysłany na front włoski. Piotr znalazł się wśród młodych, dobrze wyposażonych i wyszkolonych żołnierzy. Jak mówił: ,,Rwaliśmy się do waliki, chcieliśmy bić Niemców”. Wspominał: ,,Chodziłem na rozpoznanie, podczas którego dochodziło do potyczek z patrolami niemieckimi. Wreszcie nadszedł rozkaz wymarszu”. Ruszyli na Monte Cassino. Los sprawił, że Piotr znalazł się w grupie żołnierzy skierowanych do natarci na jednym z najtrudniejszych odcinków płaskowyżu: ,,Widmo”. W nocy z 11 na 12 maja 1944 roku trwały ciężkie walki. Teren był niezwykle trudny. Góry, skały, zapory druciane, miny. Mówił: ,,Walczyliśmy z Niemcami prawie o każdy bunkier. Strzelaliśmy z biodra, najbliżej przeciwnika. Na moich oczach ginęli koledzy, przyjaciele”. 17 maja ,,Widmo” zostało opanowane. Wkrótce przejęto wzgórza 593, 569, 575 oraz San Angelo. Ludkowski już jako podchorąży wraz ze swoim oddziałem wsławił się brawurowym atakiem na Piedimonte, gdzie został ranny. Brał udział w innych bitwach II-go Korpusu we Włoszech, za co został awansowany do stopnia porucznika, a następnie kapitana. Za męstwo i odwagę został odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino oraz wieloma innymi polskimi i alianckimi odznaczeniami.
       Po zakończeniu II wojny światowej nie mógł wrócić do Polski. Zamieszkał w Anglii, a następnie w Kanadzie, gdzie zawarł związek małżeński. Miał dwie córki. Zmarł 2 maja 1978 roku w Toronto. Pochowany został z wojskowymi honorami 5 maja na cmentarzu w Park Lawn w Toronto.

Weronika Mila Klasa 3G

Dzień z życia rekonstruktora

       „Baczność!” – brzmi surowo rozkaz oficera. Właśnie rozpoczęła się odprawa polskich żołnierzy przed bitwą. Jest upalne, wrześniowe popołudnie. Jeśli wierzyć głosowi komentatora, który dudni echem z głośników, mamy właśnie rok 1939. Już od samego rana widownia w Biskupicach Radłowskich zapełnia się ludźmi, którzy chcą zobaczyć na własne oczy wierną inscenizacje działań wojennych z okresu kampanii wrześniowej.
Zrzut ekranu 2016-04-15 o 12.53.08       Stoimy teraz równym rzędem, ramię w ramię, a każdy trzyma w ręce oparty o ziemię karabin. Spod ciężkich, stalowych hełmów sączą się grube krople potu, plamiąc schludnie wyprasowane kołnierze mundurów. Kolega przebrany za porucznika wkłada w moją dłoń replikę przedwojennego granatu – będę miał za zadanie zniszczyć niemiecki czołg. Jeszcze tylko kilka pouczeń odnośnie bezpieczeństwa rekonstruktorów wobec pirotechniki i każdy rozchodzi się do swoich zadań. Zanim pobiegnę osłaniać odwrót innych żołnierzy i uciekających cywilów, pewna dziewczyna w stroju z epoki wręcza mi kubek lodowatej wody, zaczerpniętej z pobliskiej studni. Nagle z daleka słychać wystrzały – znak zbliżającej się ofensywy niemieckiej. Ostanie poprawki niewygodnych, wojskowych butów i juz podrywamy się z kopy siana, spiesząc ku folwarkowi. Każdy z nas biegnie najszybciej jak tylko potrafi, pomimo ciążącego wyposażenia – plecak, ładownice na naboje, saperka, bagnet, torba z maską przeciwgazową, a do tego wszystkiego niewygodny, sukienny mundur. Po kilku minutach docieramy do tak zwanej Szatanówki, gdzie czeka na naszą pomoc kilku cywili, świetnie ucharakteryzowanych na ciężko rannych – naprawdę niesamowity widok. Emocje rosną, w efekcie czego powoli zaczynamy zapominać o otaczających nas widzach i natarczywej relacji komentatora. Krótka wymiana ognia z niemieckimi żołnierzami i w pełni przenoszę się o kilkadziesiąt lat wstecz. Jestem teraz żołnierzem Szesnastego Pułku Piechoty w stopniu szeregowego i bronię ojczyzny przed wrogiem. Z innego świata wyrywa mnie przypomnienie towarzysza broni, leżącego obok w okopie – faktycznie,
Zrzut ekranu 2016-04-15 o 12.53.21miałem zostać postrzelony. Daję więc upust swoim „umiejętnościom” aktorskim i padam na ziemię, wijąc się w konwulsjach. Momentalnie pojawiają się koledzy z noszami i sanitariuszka. Nie chcąc psuć widowiska daję sobie wlać do ust niezidentyfikowaną substancję. Obcieram rękawem wargi i tak, nie myliłem się – sztuczna krew. Całkowicie niezamierzony upadek z noszy oraz ogłuszenie spowodowane pobliskim wybuchem pocisku sprawiają, że granice dwóch rzeczywistości z powrotem zaczynają się dla mnie zacierać. Leżę „nieprzytomny” w szpitalu polowym i słyszę okrzyki zbliżających się hitlerowców, a stres i obawa przed utratą życia stają się prawdziwe. Słyszę trzask – ktoś wyważył drzwi. Przeraźliwy pisk wystraszonych sanitariuszek miesza się z niemieckimi przekleństwami. To ten moment – czuję na skroni chłód pistoletu i dostaję mocnego kopniaka w brzuch. Huk ślepego naboju przy mojej głowie powoduje, że emocje sięgają zenitu. Tak … zostałem właśnie zastrzelony…
Zrzut ekranu 2016-04-15 o 12.53.25       Kiedy opada już bitewny kurz i cichną oklaski publiczności, polegli przed chwilą żołnierze podnoszą się z ziemi i wracają do współczesności. Kroczę dziarsko w brudnym, przepoconym mundurze ku widzom, którzy mają ochotę zrobić sobie ze mną zdjęcia. Radość towarzysząca uczestnikom inscenizacji, w tym również mnie, jest proporcjonalna do naszego zmęczenia i bólu stłuczonych kończyn. Jednak żaden z nas niczego nie żałuje – siniaki to nasza duma, a opinie publiczności i pamiątkowe odznaki otrzymane od dowódcy są naszymi trofeami. Jedyne, co nas tego dnia smuci, to perspektywa powrotu do normalności i konieczność odnalezienia się jutro w prawdziwym świecie.

Marcin Zawistowski
Klasa 3G

Clownem być, czy nie być?

       Grudzień, -15 stopni na zewnątrz. Wchodzę do szkoły w grubej kurtce szczelnie owinięta szalikiem, tak samo jak 2/3 uczniów. Zaraz po rozebraniu się w szatni duża część z nas zmierza w kierunku automatów, żeby napić się czegoś ciepłego, albo wyjmuje z plecaków kubki termiczne. Niektórym jest tak zimno, że nie zdejmują kurtek, tylko w nich idą na lekcje.
       Jednak jest też wśród naszych uczniów grupa osób, które wydają się zimna nie odczuwać. Pośród wyotulanych po szyję dziewcząt przy drzwiach wejściowych do szkoły i na korytarzach można zauważyć też takie, które noszą rozsunięte kurtki, żadnego szalika, spodnie podwinięte wysoko ponad kostki, a do tego niskie skarpetki, a nawet trampki. Przecież najważniejsze jest, żeby wyglądać stylowo, prawda? Jak widać, „moda dla powodzian” nadal ma się dobrze.
       Ale to jeszcze nic takiego. Obserwując społeczność naszej szkoły, zauważyłam także, że są wśród nas osoby, na których temperatura nie robi żadnego wrażenia i czują się jakby ciągle było lato, ponad 20 stopni. Mówię tutaj o chłopcach wchodzących do budynku z zewnątrz w koszulkach z krótkim rękawem… Albo dziewczynach chodzących po korytarzach w bluzkach na ramiączkach czy spódniczkach kończących się ledwo za majtkami. Naprawdę, jest aż tak ciepło?
       Rozumiem latem, kiedy jest bardzo gorąco i trudno funkcjonować w okryciu. Chociaż i wtedy nie jest to do końca w porządku, szkoła raczej nie jest miejscem, w którym taki strój byłby odpowiedni. Mamy tutaj zdobywać wiedzę, szanować jedni drugich. Nie jest również pokazem mody ani dyskoteką. Myślę, że to ostatnie miejsce szczególnie jest przeznaczone właśnie dla odkrytych topów i mini spódniczek. Czy szkoła przypomina wam jeden z klubów, do których chodzicie wieczorami? Skoro tak, powinniśmy namówić naszych szanownych nauczycieli, żeby i oni swoje stroje zamienili na bardziej imprezowe, a lekcje prowadzili z podkładem muzyki klubowej.
       Jeśli już o tym mowa, chciałabym też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Idąc na dancing, jak to mówi mój dziadek, dziewczyny zwykle chcą błyszczeć, zachwycać strojem i makijażem. Właśnie… Najczęściej jest on mocniejszy niż zwykle, bardziej rzucający się w oczy. I to jest kolejny element, który został przeniesiony z klubu do poważnego miejsca, które ma nas wychowywać.
       Obowiązkowy element to oczywiście idealnie wyregulowane brwi, czasem aż nazbyt, za bardzo pogrubione, przypominające prostokąty, koniecznie przyciemnione. Tak, żeby było je widać z końca korytarza. Wybaczcie, ale czasem to wygląda jakby ktoś celowo was oszpecił. Następna rzecz, choć już nie aż tak popularna jak przerysowane łuki brwiowe, to usta. Ciemne, intensywne kolory… Według was to odpowiednie do szkoły? Serio, kto o siódmej rano zwraca uwagę na to, jak wygląda otwór gębowy innych osób? Przecież po jakimś czasie to i tak się zmyje, wystarczy, że coś zjecie…
       Jest coś jeszcze, co bardzo razi, gdy patrzy się na twarze niektórych dziewczyn. Mianowicie, tona podkładu, korektora i pudru. Pomijając fakt, że odcień kosmetyków nie zawsze dopasowany jest do koloru skóry, co wygląda śmiesznie… Oczywiście, jak wiadomo, te magiczne mazidełka potrafią zdziałać cuda i zrozumiałe jest, że dziewczyny masowo ich używają. Jest to nawet wskazane, nikt nie chce się wystraszyć, widząc rano twarz swojej przyjaciółki w takim stanie jak zaraz po wstaniu z łóżka. Ale bez przesady… Czasem, gdy mijam na korytarzu dziewczyny z tak zwaną „tapetą” na twarzy, mam wrażenie, że gdybym tego dotknęła – odpadłoby. Taka buzia wygląda sztucznie i staro. A wyobraźcie sobie, co będzie za trzydzieści lat…
       Gdzie naturalność? Większość dziewczyn nie potrzebuje tony makijażu, żeby wyglądać dobrze. Wystarczy trochę kosmetyków, żeby ukryć niedoskonałości i zaspane spojrzenie. Takie wklepane i wyrysowane coś wcale nie sprawi, że będziecie ładniejsze, wybaczcie.
       Tak samo, jeśli chodzi o te niezbyt przyzwoite stroje… Po co wam to? To jest szkoła, nikt nie ocenia waszych nóg czy dekoltów, ale to co umiecie, waszą wiedzę. A jeśli chcecie poderwać chłopaka… ? Myślę, że większość z nich, będąc w szkole, marzy tylko o tym, żeby lekcje się wreszcie skończyły, żeby nauczyciel nie wywołał ich do odpowiedzi, albo po prostu rozmawiają z kolegami o jakiejś nowej super grze, którą koniecznie muszą wypróbować. Może okazać się też tak, że wasz wybranek, którego uznanie chcecie zdobyć, niestety, nie gustuje w dziewczynach… Wtedy wasze wyszminkowane usta, odkryte ramiona, duże dekolty i krótkie spódniczki nie zrobią na nim żadnego wrażenia.
       Wychodząc rano z domu, warto pomyśleć o tym, żeby było wygodnie i ciepło, a nie modnie i wyzywająco, zwłaszcza zimą. Na pewno też o wiele przyjemniej (i zdrowiej) byłoby móc sobie pospać trochę dłużej, zamiast wstawać dwie godziny wcześniej tylko po to, żeby nałożyć maskę na twarz i przygotować się do szkoły tak, jak na imprezę.

GK, 3G

Ciągnący problem…

     W obecnych czasach gumy do żucia to niewątpliwie istna plaga egipska. Wszędzie ich pełno. W supermarketach, kioskach, stacjach paliw, a nawet w naszym szkolnym sklepiku. Ludzie ustawiają się po nie w większych kolejkach niż to było za komuny. To po prostu towar pierwszej potrzeby. Na pewno dla większości z nas, życie bez tego ,,wynalazku ludzkości” nigdy nie byłoby takie samo jak teraz. Nie każdy wie, że guma to jeden z najstarszych słodyczy na świecie. Początkowo była ona robiona z żywicy drzew, a nasi przodkowie żuli ją dla przyjemności, odświeżenia oddechu oraz w celu oczyszczenia zębów. Domyślam się, że w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie są w ciągłym biegu i stresie, nie mają nawet czasu poświęcić kilku minut swojego życia na umycie zębów przeznaczoną do tego pastą. Zdecydowanie szybszym i wygodniejszym sposobem jest wyciągnięcie małej pastylki i jej skonsumowanie. Gum do żucia nie produkuje się z tego, co daje nam matka ziemia. To jedynie sama chemia! W taką gumę ładuje się dosłownie wszystko! Począwszy od barwników i ulepszaczy smaku, aż po substancje przedłużające termin przydatności do spożycia. Bazę gumową tworzy się z ropopochodnych polimerów, do tego węglan wapnia (kreda) powodujący bóle brzucha, glicerol – wywołuje zaburzenia pracy serca, barwnik dwutlenek tytanu – podejrzewany o rakotwórczość i wiele, wiele innych. Czy macie jeszcze ochotę na niewinną gumę do żucia? Nie wiem jak wam, ale mnie na samą myśl robi się niedobrze. Kiedy na przerwach widzę młodzież pędzącą do sklepiku po ten niezbędny specyfik, ,,Bo jak ja wytrzymam na następnej lekcji?” dochodzę do wniosku, że ludzie są już mega zestresowani i znerwicowani. Mało tego- są uzależnieni. Tak jak można uzależnić się od papierosów czy alkoholu, młodzi coraz częściej sięgają po gumy do żucia. Wcale się im nie dziwię. Zewsząd jesteśmy bombardowani reklamami, jakie to one są cudowne i smaczne. Że to właśnie dzięki nim nasze zęby będą białe, a oddech świeży. Dlatego dzieci i młodzież żują je na potęgę! Myśle, że nawet ciepłe, świeże bułeczki nie sprzedają się tak szybko jak ten właśnie produkt. Nie wiem, czy wiecie, ale prócz dobrego smaku (i być może komfortu psychicznego), gumy do żucia nie dostarczają nam żadnych wartości odżywczych. Mało tego- jeszcze nam szkodzą. Spożywanie ich w nadmiarze może mieć np. efekt przeczyszczający. Spodziewaliście się tego? Bo ja nie … Zapytacie, czy po pozbawieniu jej resztek smaku trafia do kosza. Rzeczą oczywistą jest, że nie. Pełno ,,wytłamszonych” gum znajduje swoje miejsce pod krzesłami, ławkami, doniczkami kwiatów, na szybie okna, a także na posadzce klas i korytarzy. Panie sprzącające usilnie walczą z tym problemem, ale niewątpliwie jest to walka z wiatrakami. Siadając na wyznaczonym w klasie miejscu, należy zachować szczególną ostrożność, ponieważ niebezpieczeństwo czai się na nas na każdym kroku. Jak możemy się domyślać, taka guma jest niewyobrażalnym siedliskiem bakterii, które mogą zaszkodzić każdemu z nas. Pomyślmy- guma, którą ktoś wziął do ust po zjedzeniu kanapki, znalazła się pod twoją ławką. To jeszcze nic, ale jeśli przypadkowo zdarzy ci się jej dotknąć… Chyba nie ma nic bardziej obrzydliwego. Zastanawiam się, po co w klasach są kosze? Sama nazwa wskazuje, że ,,na śmieci”. Lecz i tak zdecydowana większość odpadów (w tym przede wszystkim gumy) nie ląduje w miejscu do tego przeznaczonym, ale są wręcz upychane w oparciach krzeseł. Czy tak to powinno wyglądać? Uważam, że coś jest z tym nie tak … Ciekawe, czy wszyscy, którzy tak ,,szanują” czyjąś pracę i sprzęt, z którego korzystają pokolenia uczniów, tak samo postępują w swoich domach? Może jestem naiwna i myślę, że chociaż u siebie robią inaczej, ale jeśli ktoś nie potrafi uszanować wspólnej właśności, to tym bardziej nie uszanuje swojej. Nie sposób również pominąć kwestii braku szacunku takich osób do nauczycieli. Uczniowie, którzy podczas trwania lekcji żują gumę, nie mają za grosz wyczucia! Powinni wiedzieć, że zajęcia nie są po to, aby żuć gumę, ale żeby coś z nich wynieść. Mimo iż nauczyciel upomina, uczniowie nie stosują się do próśb i uwag. Można mówić i mówić… naprawdę. Czy tak trudno zrozumieć, że na lekcji obowiązują jakieś reguły, do których należy się stosować i które należy przestrzegać?! Chyba nikt nie wymaga specjalnej troski i powtarzania tego samego po raz wtóry żeby zrozumieć.
     Mam głęboką nadzieję, że w najbliższej przyszłości problem z gumami do żucia w naszej szkole zostanie rozwiązany. Młodzież zacznie patrzeć na to co je, nie przez pryzmat tego, co ładne, kolorowe, modne i masowo reklamowane w mediach, ale na to, co zdrowe i dobre dla nas samych. Nie będą szkodzić sobie i niszczyć dóbr służących nam wszystkim.

Weronika Mila
Klasa IIIG

Śniadanie na podłodze

       ,,5.30 – Pobudka, 6:00- Bus do szkoły, 7:10 – Pierwsza lekcja” – To fragment szarej rzeczywistości większości uczniów liceum i technikum. W tych wąskich ramach czasowych dość ciężko jest znaleźć czas na zjedzenie śniadania w domu. Owszem, są odkryte różne sposoby na uporanie się z tym poblemem, jak np. przyrządzanie kanapek dzień wcześniej czy przygotowywanie kawy/herbaty w kubkach termicznych. Jednak i tak konsumpcja tego najważniejszego posiłku przypada nam na brudnej, zimnej podłodze. Czy jest na to jakieś rozwiązanie?
       Na obronę może ktoś powiedzieć, że przed wejściem do klas są umieszczone ławki, stoliki. To prawda! Jednak jest ich stanowczo za mało. Na długim korytarzu, gdzie podczas przerwy znajduje się około pięćdziesięciu osób, są dla nich trzy ławki, z czego jedna pomieści 4 osoby. Przeliczając, dwunastu szczęśliwych, reszta ląduje na podłodze. I właśnie w tym tkwi cały problem. Tych prostych przedmiotów, wynalezionych już w okresie neolitu jest w naszej szkole stanowczo za mało.
A co z drugim śniadaniem? Te już spożywają wszyscy, nawet ci, którzy mają czas zjeść pierwsze w domu, przed wyjściem do szkoły. Odważni próbują na stojąco: dzielnie trzymając zaciśniętą w jednej dłoni kanapkę, w drugiej napój, a na plecach dźwigając ciężki plecak. Niektórzy próbują spożyć ten posiłek, siedząc na parapecie, jednak tylko z dala od nauczycieli, bo to niekulturalne.
       Ciekawym pomysłem są ustawione na niektórych korytarzach stoliki. Tylko stoliki, bez krzeseł. Może to moja niezbyt bujna wyobraźnia nie pozwala mi tego zrozumieć, a może to po prostu jest dziwne? Chyba, że w zamyśle autora było klęczenie przed tym stolikiem lub inspiracja tzw. „stołami szwedzkimi”, z których goście w restauracjach nakładają sobie wybrane dania. Tak czy nie, uczniowe odebrali ten pomysł zupełnie inaczej, po prostu siadając na tych stołach. Gdybyśmy się ich spytali, czy w domu też tak robią i czy to kulturalne, pewnie odpowiedzieliby że nie, jednak jak nie ma krzeseł, to na czymś muszą spocząć. Więc korzystają z czego się da.
       Kończąc, chciałabym przypomnieć, jak przed siedzeniem na zimnej podłodze przestrzegały nas już w dzieciństwie babcie, mówiąc, że „będziemy mieć wilka”. Może warto w takim razie zainwestować w więcej ławek na korytarzach szkoły?

Magdalena Wnęk

Gimme danger

     Każdy zapewne jest zapoznany z faktem, że 26 sierpnia ubiegłego roku Minister Zdrowia wydał rozporządzenie dotyczące żywności w szkołach, które obowiązuje od dnia 1 września. Z półek sklepiku szkolnego zniknęły niezdrowe, przetworzone produkty zawierające cukier i wiele innych „nielegalnych” już rzeczy. Wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby te zmiany nie zaszły tak nagle! Chodzisz sobie spokojnie do szkoły a tu pewnego ranka okazuje się, że nie ma kawy w automacie! Informacja straszna, brutalna, chwytająca za serce kawoholika na głodzie i to o 6:50 nad ranem, ale trzeba jakoś dać radę. Następnego ranka znika całe zaopatrzenie automatów, osoby przechodzące obok rzucają tęskne spojrzenia „martwym” szybom maszyn, w których odbijają się smutne twarze, ale znowu trzeba jakoś dać radę. Idąc korytarzem, mijasz ludzi, trzymają w dłoniach batoniki, zastanawiasz się, jak je zdobyli? Czyżby w szkole kwitł nielegalny handel? To niedorzeczne. Pozbywasz się natrętnych myśli i idziesz dalej, zerkasz od niechcenia przez ramię, widzisz kilka osób jedzących tosty. Potrząsasz głową, musiało ci się zdawać, ale po chwili ewidentnie czujesz z boksu 13 ich zapach, widzisz kolejne osoby z zapiekanymi kanapkami i już wiesz- ruch oporu zaczął działalność. Mając naście lat słowo „opór” jest niemal jak drugie imię, to oczywiste, że ktoś będzie robił tosty w szatni. Później zdałam sobie sprawę z podłoża psychicznego zaistniałej sytuacji, z tego, że większość osób mijanych na korytarzu nie jadłaby batoników, gdyby nie były zakazane, w ten oto sposób wspomniany ruch oporu miał się bardzo dobrze. Wszyscy jednak zastanawiali się, jak to dalej będzie? Chodziły pogłoski, że sklepik ma być zamknięty, o czym zostały poinformowane tylko samorządy klas, aby nie siać paniki wśród uczniów. Na zebraniu szkolnego samorządu pojawiały się różne teorie spiskowe, włącznie z przejęciem kontroli nad szkolnym handlem i zajęciem terenu obecnego sklepiku. Głos zabierały również osoby nieco rozważniejsze, proponujące pisanie listów i petycji, jednak ich propozycje nie wydawały się nawet w połowie tak ekscytujące, jak własna, uczniowska inicjatywa, nie do końca legalna, ma się rozumieć. Sytuacja wydawała się być niemal beznadziejna, niewiele można było zrobić, zewsząd  było słychać szepty niezadowolenia i trwogi, bo jak to tak kolejny dzień bez kawy czy herbaty? Nie wspominając już o gorącej czekoladzie, która czasami jest niezbędna do przetrwania matematyki czy dla zwykłego pocieszenia.      Dni mijały powoli, każda godzina, minuta i sekunda dłużyły się niemiłosiernie, w sumie nic nowego, typowy dzień w szkole, ale coś zaczęło się zmieniać. Po czasie mroku, przyciski na automatach się zaświeciły, za 2 złote znów można było kupić słabej jakości kawę czy zdrowe już przekąski, a w sklepiku bez problemu drożdżówkę bez pokazywania dowodu osobistego, który potwierdził by pełnoletność klienta. Wszystko zaczęło wracać do normy, ludzie oswajali się z nową sytuacją, pogodzili się z rozporządzeniem. Zaistniałe okoliczności sprawiły jednak, że w szkole można poczuć dreszczyk emocji, kiedy kupuje się nielegalnego batonika spod lady.

 

S.M.

Mechaniczny oszust

       Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co czuje człowiek, któremu ukradziono pieniądze? A Może chcielibyście spróbować przekonać się o tym na własnej skórze? Nic trudnego! W takim razie serdecznie zapraszam do odwiedzenia brzeskiego Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych numer 1 – automaty z napojami z pewnością rozjaśnią wszelkie wątpliwości.

       Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że znużony szkolnymi zajęciami, udajesz się na przerwie do jednego z takich automatów. Masz zamiar napić się kawy. Wrzucasz więc monetę, wybierasz przyciskiem swoją ulubioną kawę i … otrzymujesz w zamian brudną i cuchnącą wodę, na dodatek w kolorze moczu. Wiem, wiem – brzmi jak wyjątkowo nieudany żart z głupkowatej, amerykańskiej komedii. Niestety, w brzeskim liceum takie sytuacje to ponura rzeczywistość.

       Opisane powyżej wydarzenie jest moim autentycznym doświadczeniem – ubolewam nad tym, że nie jednorazowym. Chociaż gdyby się nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to, że ten blaszany złodziej wcale nie jest aż tak perfidny jakby się zdawało – przecież jednak dostałem „napój”. Co prawda obawiałbym się nawet spłukać nim muszlę w łazience, ale to już temat na osobny felieton. Znacznie częściej ma jednak miejsce o wiele poważniejsze i zarazem niepomiernie bardziej irytujące zjawisko – brak jakiejkolwiek reakcji na wrzucone pieniądze.

       Ktoś powie, że to tylko jednorazowa awaria maszyny. Ktoś inny doda z oburzeniem, że to ja jestem chytrusem, bo mi szkoda dwóch złotych. Nic bardziej mylnego! Sprawa powtarza się nagminnie już przynajmniej trzeci rok, a dziesiątki uczniów wciąż są oszukiwane przez stalowe bydlę. Ale zaraz, zaraz … Czy na pewno oszustem jest właśnie maszyna? Czy nie jest przypadkiem tak, że ktoś próbuje nieuczciwie zarobić kosztem nieupominających się o swoje nastolatków?

       W tej kwestii rada dla osób odpowiedzialnych za prawidłowe działanie maszyn z napojami może być tylko jedna, a w dodatku jest ona banalnie prosta – w razie ewentualnej awarii tego jakże zawodnego w ostatnich latach urządzenia, jego właściciel powinien poczuć się zobowiązany do wywieszenia dobrze widocznej informacji o zaistniałej niesprawności.

       Choć problem wydaje się błahy i mocno przekoloryzowany, zdecydowanie taki nie jest. Dyrekcja w trosce o swoich wychowanków oraz o standardy panujące w szkole nie powinna dopuścić, aby takie sytuacje miały w przyszłości miejsce. Żaden uczeń nie chce czuć się bowiem naciągany i wykorzystywany przez obdarzony sztuczną inteligencją automat. Jestem bardzo ciekawy, czy wobec tych licznych skarg sytuacja zostanie dostrzeżona i satysfakcjonująco rozwiązana. Pozostaje czekać …

Marcin Zawistowski
Klasa 3G