Gimme danger

     Każdy zapewne jest zapoznany z faktem, że 26 sierpnia ubiegłego roku Minister Zdrowia wydał rozporządzenie dotyczące żywności w szkołach, które obowiązuje od dnia 1 września. Z półek sklepiku szkolnego zniknęły niezdrowe, przetworzone produkty zawierające cukier i wiele innych „nielegalnych” już rzeczy. Wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby te zmiany nie zaszły tak nagle! Chodzisz sobie spokojnie do szkoły a tu pewnego ranka okazuje się, że nie ma kawy w automacie! Informacja straszna, brutalna, chwytająca za serce kawoholika na głodzie i to o 6:50 nad ranem, ale trzeba jakoś dać radę. Następnego ranka znika całe zaopatrzenie automatów, osoby przechodzące obok rzucają tęskne spojrzenia „martwym” szybom maszyn, w których odbijają się smutne twarze, ale znowu trzeba jakoś dać radę. Idąc korytarzem, mijasz ludzi, trzymają w dłoniach batoniki, zastanawiasz się, jak je zdobyli? Czyżby w szkole kwitł nielegalny handel? To niedorzeczne. Pozbywasz się natrętnych myśli i idziesz dalej, zerkasz od niechcenia przez ramię, widzisz kilka osób jedzących tosty. Potrząsasz głową, musiało ci się zdawać, ale po chwili ewidentnie czujesz z boksu 13 ich zapach, widzisz kolejne osoby z zapiekanymi kanapkami i już wiesz- ruch oporu zaczął działalność. Mając naście lat słowo „opór” jest niemal jak drugie imię, to oczywiste, że ktoś będzie robił tosty w szatni. Później zdałam sobie sprawę z podłoża psychicznego zaistniałej sytuacji, z tego, że większość osób mijanych na korytarzu nie jadłaby batoników, gdyby nie były zakazane, w ten oto sposób wspomniany ruch oporu miał się bardzo dobrze. Wszyscy jednak zastanawiali się, jak to dalej będzie? Chodziły pogłoski, że sklepik ma być zamknięty, o czym zostały poinformowane tylko samorządy klas, aby nie siać paniki wśród uczniów. Na zebraniu szkolnego samorządu pojawiały się różne teorie spiskowe, włącznie z przejęciem kontroli nad szkolnym handlem i zajęciem terenu obecnego sklepiku. Głos zabierały również osoby nieco rozważniejsze, proponujące pisanie listów i petycji, jednak ich propozycje nie wydawały się nawet w połowie tak ekscytujące, jak własna, uczniowska inicjatywa, nie do końca legalna, ma się rozumieć. Sytuacja wydawała się być niemal beznadziejna, niewiele można było zrobić, zewsząd  było słychać szepty niezadowolenia i trwogi, bo jak to tak kolejny dzień bez kawy czy herbaty? Nie wspominając już o gorącej czekoladzie, która czasami jest niezbędna do przetrwania matematyki czy dla zwykłego pocieszenia.      Dni mijały powoli, każda godzina, minuta i sekunda dłużyły się niemiłosiernie, w sumie nic nowego, typowy dzień w szkole, ale coś zaczęło się zmieniać. Po czasie mroku, przyciski na automatach się zaświeciły, za 2 złote znów można było kupić słabej jakości kawę czy zdrowe już przekąski, a w sklepiku bez problemu drożdżówkę bez pokazywania dowodu osobistego, który potwierdził by pełnoletność klienta. Wszystko zaczęło wracać do normy, ludzie oswajali się z nową sytuacją, pogodzili się z rozporządzeniem. Zaistniałe okoliczności sprawiły jednak, że w szkole można poczuć dreszczyk emocji, kiedy kupuje się nielegalnego batonika spod lady.

 

S.M.