Dzień z życia rekonstruktora

       „Baczność!” – brzmi surowo rozkaz oficera. Właśnie rozpoczęła się odprawa polskich żołnierzy przed bitwą. Jest upalne, wrześniowe popołudnie. Jeśli wierzyć głosowi komentatora, który dudni echem z głośników, mamy właśnie rok 1939. Już od samego rana widownia w Biskupicach Radłowskich zapełnia się ludźmi, którzy chcą zobaczyć na własne oczy wierną inscenizacje działań wojennych z okresu kampanii wrześniowej.
Zrzut ekranu 2016-04-15 o 12.53.08       Stoimy teraz równym rzędem, ramię w ramię, a każdy trzyma w ręce oparty o ziemię karabin. Spod ciężkich, stalowych hełmów sączą się grube krople potu, plamiąc schludnie wyprasowane kołnierze mundurów. Kolega przebrany za porucznika wkłada w moją dłoń replikę przedwojennego granatu – będę miał za zadanie zniszczyć niemiecki czołg. Jeszcze tylko kilka pouczeń odnośnie bezpieczeństwa rekonstruktorów wobec pirotechniki i każdy rozchodzi się do swoich zadań. Zanim pobiegnę osłaniać odwrót innych żołnierzy i uciekających cywilów, pewna dziewczyna w stroju z epoki wręcza mi kubek lodowatej wody, zaczerpniętej z pobliskiej studni. Nagle z daleka słychać wystrzały – znak zbliżającej się ofensywy niemieckiej. Ostanie poprawki niewygodnych, wojskowych butów i juz podrywamy się z kopy siana, spiesząc ku folwarkowi. Każdy z nas biegnie najszybciej jak tylko potrafi, pomimo ciążącego wyposażenia – plecak, ładownice na naboje, saperka, bagnet, torba z maską przeciwgazową, a do tego wszystkiego niewygodny, sukienny mundur. Po kilku minutach docieramy do tak zwanej Szatanówki, gdzie czeka na naszą pomoc kilku cywili, świetnie ucharakteryzowanych na ciężko rannych – naprawdę niesamowity widok. Emocje rosną, w efekcie czego powoli zaczynamy zapominać o otaczających nas widzach i natarczywej relacji komentatora. Krótka wymiana ognia z niemieckimi żołnierzami i w pełni przenoszę się o kilkadziesiąt lat wstecz. Jestem teraz żołnierzem Szesnastego Pułku Piechoty w stopniu szeregowego i bronię ojczyzny przed wrogiem. Z innego świata wyrywa mnie przypomnienie towarzysza broni, leżącego obok w okopie – faktycznie,
Zrzut ekranu 2016-04-15 o 12.53.21miałem zostać postrzelony. Daję więc upust swoim „umiejętnościom” aktorskim i padam na ziemię, wijąc się w konwulsjach. Momentalnie pojawiają się koledzy z noszami i sanitariuszka. Nie chcąc psuć widowiska daję sobie wlać do ust niezidentyfikowaną substancję. Obcieram rękawem wargi i tak, nie myliłem się – sztuczna krew. Całkowicie niezamierzony upadek z noszy oraz ogłuszenie spowodowane pobliskim wybuchem pocisku sprawiają, że granice dwóch rzeczywistości z powrotem zaczynają się dla mnie zacierać. Leżę „nieprzytomny” w szpitalu polowym i słyszę okrzyki zbliżających się hitlerowców, a stres i obawa przed utratą życia stają się prawdziwe. Słyszę trzask – ktoś wyważył drzwi. Przeraźliwy pisk wystraszonych sanitariuszek miesza się z niemieckimi przekleństwami. To ten moment – czuję na skroni chłód pistoletu i dostaję mocnego kopniaka w brzuch. Huk ślepego naboju przy mojej głowie powoduje, że emocje sięgają zenitu. Tak … zostałem właśnie zastrzelony…
Zrzut ekranu 2016-04-15 o 12.53.25       Kiedy opada już bitewny kurz i cichną oklaski publiczności, polegli przed chwilą żołnierze podnoszą się z ziemi i wracają do współczesności. Kroczę dziarsko w brudnym, przepoconym mundurze ku widzom, którzy mają ochotę zrobić sobie ze mną zdjęcia. Radość towarzysząca uczestnikom inscenizacji, w tym również mnie, jest proporcjonalna do naszego zmęczenia i bólu stłuczonych kończyn. Jednak żaden z nas niczego nie żałuje – siniaki to nasza duma, a opinie publiczności i pamiątkowe odznaki otrzymane od dowódcy są naszymi trofeami. Jedyne, co nas tego dnia smuci, to perspektywa powrotu do normalności i konieczność odnalezienia się jutro w prawdziwym świecie.

Marcin Zawistowski
Klasa 3G